O tym się nie mówi. Ludzi chorych psychicznie umieszcza się gdzieś na drugim planie. Nie pasują nam do pogodnego i wesołego stylu życia. Nie pasują do nas. Przecież nikt nie chciałby zadawać się z wariatami.

Kiedy napisałam tekst o depresji (zanim przeczytasz ten tekst, zerknij najpierw na link), znalazło się grono osób, które twierdziły, że choroby psychiczne to wymysł dzisiejszych czasów. Uważały, że “normalnych” ludzi nie dotykają takie problemy. “Normalni” ludzie mają pracę, dom na utrzymaniu, często również dzieci i nie mają czasu na takie pierdoły. To bogatym odbija, bo nie mają co robić i wymyślają sobie choroby. Gdyby poszli do pracy, to od razu by im przeszło.

Uważałam tak samo. Depresja była dla mnie wymysłem.
Wyprowadziłam się z domu jeszcze przed skończeniem 18 roku życia. Na drugi koniec Polski. Wtedy wydawało mi się, że mam poukładane życie. Miałam dach nad głową, kochającą drugą połówkę przy sobie, psa, no i dobrą pracę. A w pracy wspaniałych ludzi, za którymi tęsknię do dziś. To oni potrafili wprowadzić do (z pozoru) nudnej pracy niezwykłą atmosferę. To z nimi spędzałam całe dnie, wieczory i często też noce. Co tu dużo mówić, zakochałam się w swojej pracy. Uważałam wtedy, że taki styl życia jest rozwiązaniem wszystkich problemów. Twierdziłam, że na depresję najlepsza jest praca. Ludzie chorują, bo nie mają nic do roboty. Bo nie ruszają się z domu i tylko narzekają. A ja wracałam do domu, żeby się przespać, zjeść śniadanie i ruszyć dalej. Podbijać świat. Nie miałam czasu, żeby spokojnie zadzwonić do bliskich, czy chociażby pojechać do domu. Od czasu wyprowadzki nie było mnie w domu rodzinnym prawie pół roku. Wciągnęła mnie praca i dorosłe życie. Przez pół roku nie widziałam się z Mamą, która bardzo tęskniła i tylko czekała aż przyjadę. Przez pół roku nie miałam czasu, żeby przybić piątkę Tacie, który starał się jak mógł, by odwrócić uwagę mojej Mamy od mijającego czasu. Czasu, którego nie miałam by zobaczyć najbliższych. Czasu, którego nie poświęciłam Mamie, która chwilę przed moją wyprowadzką chowała swoją… Mamę. Później zrozumiałam, że moje życie wcale nie było takie poukładane. Było pokopane tak bardzo, jak tylko pokopane być mogło. Pracując i wmawiając sobie te wszystkie rzeczy, sama przed sobą ukrywałam swoje problemy. Swoją własną rozwijającą się chorobę.

Pewnego dnia czar prysł. Straciłam pracę. Musiałam pożegnać się z miejscem, które stało się moim drugim domem i pożegnać się z ludźmi, których uwielbiałam. To tylko odkryło mój problem, który tak bardzo starałam się sama przed sobą zamaskować. Wtedy zaczął się najgorszy okres mojego życia.

Nie było dnia, żebym nie miała myśli samobójczych. Nie było dnia, żebym nie siedziała w kącie i nie płakała. Zaczęłam wtedy często pić. Alkohol jednak mimo wszystko nie pomagał. Pijana zaczynałam robić awantury, grozić i szantażować moją drugą połówkę. Tę samą, za którą wcześniej dałabym się pokroić. Krzyczałam, że się zabiję, że nie chcę już żyć. Leżałam na łóżku i z oczu łzy ciekły mi litrami. W mojej głowie było tyle myśli, że nie dało się ich znieść. Bałam się każdego kolejnego dnia. A najbardziej w tym wszystkim bałam się siebie. Nie dało się mnie znieść. Słyszałam, że jestem chora i pojebana. A ja po prostu zaczęłam nienawidzić siebie, cały świat, a najbardziej nienawidziłam swojego życia. Każdy dzień, to była walka, żeby się nie zabić. W lustrze widziałam podły i obrzydliwy cień człowieka. Widziałam “coś”, co nie zasługuje na dalsze życie. W końcu zostałam namówiona na psychologa.

Wyszłam od niego jeszcze bardziej wkurwiona niż przyszłam, bo to była kolejna osoba, która nie potrafiła mi pomóc. W domu tymczasem dalej płakałam, a jak nie płakałam, to spałam. Dzwoniłam czasem do Mamy i mówiłam, że wszystko gra. Nie miała pojęcia, co się u mnie działo. Nie wiedziała przez co przechodzę każdego dnia. Myślała, że mam gorszy humor, bo nie mogę znaleźć pracy. Pewnego dnia nie wytrzymałam. Czułam, że muszę się z nią zobaczyć, miałam w sobie wielką potrzebę wyjazdu. Czułam, że to zmieni wszystko. Że dzięki temu, coś się ułoży. Zadzwoniłam i spytałam, czy mogę przyjechać. Następnego dnia siedziałam już w pociągu. Pierwszy raz od pół roku.

Bałam się tam wrócić. Bałam się, że jak przyjadę, to już nie będę chciała wracać do Olsztyna. W rezultacie spędziłam tam dwa tygodnie. Leżałam w łóżku, piłam i płakałam. Przez cały pobyt nie ruszyłam się z domu ani razu. Epizod depresyjny coraz bardziej się pogłębiał. Pierwszy w moim życiu i najgorszy, jakiego doświadczyłam. Mama myślała, że mam po prostu doła. Nie podejrzewała, że mogę być chora. Czasem uspokajałam się na chwilę, po to, żeby jakiś mały impuls znowu wywołał ten cyrk, przed którym nie mogłam uciec. To były dni, kiedy wiedziałam, że gorzej już ze mną nie będzie.

Wróciłam do Olsztyna. W końcu poszłam do lekarza. Przeprowadził ze mną wywiad. Pytał o prywatne i intymne rzeczy. Przed nim nic się nie dało ukryć. Przepisał mi leki. W ten sposób stałam się wariatką. Leki, które miały wyciągnąć mnie z epizodu depresyjnego, zaczęły pogłębiać drugą stronę choroby dwubiegunowej. Nie płakałam już, ale stałam się jeszcze bardziej agresywna. Wdawałam w kłótnie, sprzeczki i wiele razy miałam okazję oberwać w mordę. Ciągle musiałam być w ruchu.

Zaczęłam szukać kursów, na które mogłabym się zapisać. Kombinowałam od kogo pożyczyć na nie pieniądze. Wyzywałam ludzi w tramwaju, obrażałam randomowe niewinne osoby. W głowie miałam tysiące pomysłów na otworzenie swojego biznesu. Wszystko już oczywiście zaplanowane. Wciągałam w to różne osoby, a kiedy wyrażały niechęć do mojego pomysłu, wkurzałam się i im też potrafiłam nawrzucać. Wszyscy dookoła widzieli, że moje pomysły są, co najmniej, durne i pokurwione. Oprócz mnie. Porno biznes, to był dla mnie pomysł na życie. Nie wspominając o tym, że do mieszkania zaczęłam przyprowadzać kolejne zwierzęta. Pod wpływem chwili po nie jechałam i przyprowadzałam do domu. Pod wpływem chwili namawiałam również moją drugą połówkę do chorych, drogich zakupów, na które nie było nas wtedy stać. Tym sposobem mamy psa, na którego wzięłyśmy kredyt.

W ciągu paru miesięcy zdążyłam zmienić pracę kilka razy. Za każdym razem twierdziłam, że muszę coś zmienić w swoim życiu na lepsze. Wyjechałam również z Olsztyna na kilka miesięcy do swojego domu rodzinnego. Wyjeżdżając, byłam pewna, że to mi pomoże w ogarnięciu swojego życia i przemyśleniu wielu spraw. Nie pomogło.

Choć druga twarz choroby dwubiegunowej jest na pierwszy rzut oka mniej męcząca, to każdy z biegunów jest tak samo koszmarny. Piszę ten tekst, bo mamy już jesień. Na zewnątrz robi się zimno i ciemno. Rok temu siedziałam w tym samym miejscu, chowając twarz w dłoniach i płacząc. Oby ten okres był dla mnie bardziej łaskawy niż poprzedni. Proszę.

PS Tak naprawdę się nie łudzę. Wiem, suko, że znowu do mnie przyjdziesz. Zawsze przychodzisz.