Każdy wie, że najlepiej śmiać się z kogoś. Śmiać się z siebie niestety jest już nieco trudniej.

Na początku dwa słowa wstępu. No dobra, nie będą to dwa słowa, bo wiesz, że lubię bezsensownie gdakać na ryju, ale nie odchodź jeszcze, kochanie. Daj mi szansę.

Jak pewnie widzisz (ślepy by zauważył), wygląd bloga trochę się zmienił. Zrezygnowałam z dodatkowych pierdół takich jak widgety, więc jeśli chcesz trafić na mojego facebooka, to pamiętaj, że link do niego zawsze znajdziesz pod koniec wpisu. Absolutnie teraz nie reklamuję swojego facebooka. Nie. Po prostu przypominam, że takowy istnieje i czasem uda mi się na niego coś śmiesznego wrzucić. Żadnego spamu, same przyjazne dla środowiska posty. Wpadaj więc śmiało i nie krępuj się.

Koniec reklamy.

Jak pewnie wszyscy wiecie, uwielbiam gównoburze. Choć mam już prawie dwadzieścia lat na karku, to jednak dalej moje umysłowe upośledzenie przejawia się właśnie w ten dziecinny sposób. Łatwo mnie wciągnąć w wir kłótni, ciężej ze mną wygrać walkę na argumenty, które wyciągam jak asy z rękawa. I choć czasem są one takie, że można je o kant dupy rozbić, to takim jestem człowiekiem, że zawsze muszę mieć ostatnie słowo i chyba właśnie to sprawia, że inni tak łatwo przy mnie wymiękają. Kto chciałby się kłócić z takim popaprańcem.

Do dziś wspominam tę gównoburzę, którą wywołał mój tekst o blogerkach plus size. Tak, był dziecinny i nie, nie znajdziecie go już na blogu. Napisałam ten tekst kilka lat temu, jak miałam jeszcze w głowie jedno wielkie nic. Nie sądziłam wtedy, że tak bardzo rozejdzie się po internecie, a powiadam Wam – poświęcono mi kilka stron na forum dla upośledzonych psychicznie blogerek, które wieszały na mnie psy. Całe szczęście, że przeszło mi już pisanie tekstów w takim stylu. Obraziłam wtedy wiele osób i choć do nikogo personalnie się nie zwracałam, to jednak niesmak na ustach miało kilka szerszych niż szafa trzydrzwiowa blogerek. Ale nie gniewam się, spoko. Nie widzę sensu brać do siebie słów, które wypowiadają anonimowi ludzie w internecie. I to jest kluczowe w tym tekście.

Choć przeszło mi już pisanie tak mocnych tekstów, to jednak nie przeszło mi pisanie ciętym językiem, bo właśnie to jest cecha, która wyróżnia mój blog spośród wielu innych. Kreuję się tutaj na osobę, która zawsze ma coś do powiedzenia (fuck, w rzeczywiści też tak jest) i która lubi poświntuszyć sobie w swoich tekstach. A czasem, kurwa, jebnąć jakąś kurwą. I to wcale nie sprawia, że moje teksty są gorszej jakości. Nienawidzę normizmu i czasem aż mi się na wymioty zbiera, kiedy czytam jakiś chłam, w którym ktoś nie potrafi objąć jednego stanowiska w danej sprawie. Wiem, nazywa się to obiektywizm. Ale obiektywizm już nie jest w modzie. Obiektywizm jest nudny. Dlatego nigdy nie znajdziecie go na tej stronie.

Swój wizerunek opieram przede wszystkim na dosadności. Niestety niektórzy nie są świadomi faktu, że w rzeczywistości mogę być nieco inną osobą niż na blogu. Chyba czas nieco uświadomić niektórych ludzi, że w internecie można wykreować swój wizerunek. Tak, da się. Czas, żeby część z Was w końcu zrozumiała, że to, co piszę, może być czasem fikcją literacką. Że niektóre wydarzenia są podkoloryzowane. Że moje niektóre wypowiedzi są dosadniejsze na potrzeby bloga. Nie twierdzę teraz, bo pewnie zaraz mi to zarzucicie, że w swoich tekstach kłamię. Absolutnie. Twierdzę jednak, że lubię wywoływać emocje. Dlatego zluzujcie trochę majty zanim następnym razem dopierdolicie się do mojego tekstu, że “za dużo przeklinam”, albo “zbyt dosadnie ubieram rzeczywistość w słowa”.

Zauważyłam, że czasem mimo tego, że się nie staram, to jednak uda mi się wywołać burzę w komentarzach. A to ktoś się obrazi, bo napisałam, że psy można kupować, a nie tylko brać ze schroniska, a to ktoś strzeli fochem, bo powiedziałam, że blog najlepiej wygląda pod własną domeną, a kolejny dopierdoli się, bo kiedyś, dawno, dawno temu, wspomniałam, że zarost na twarzy faceta jest w pytkę. Nie mówiąc już o narzekaniu na moje przekleństwa i zgryźliwy humor.

Kiedy ktoś pisze mi takie rzeczy i zaczyna wymądrzać się w komentarzach, wchodzę na jego profil i sprawdzam, kim właściwie jest. Okazuje się, że Pani, która miała mi za złe kupno psa jest wielką obrończynią schroniskowych czworonogów z psem na profilówce, facet, który obraził się na mnie, bo powiedziałam, że zarost jest spoko, goli twarz, bo mu szef każe, a blogerka, która ma mi za złe napisanie, że blog najlepiej wygląda pod własną domeną, prowadzi bloga na blogspocie i jest wielką obrończynią blogspotowych blogów. Gdzie u Was, kurwa mać, jakiś dystans do siebie? Dlaczego tak łatwo mi Was “obrazić”? Dlaczego tak łatwo się wkurwiacie? Zluzujcie majty jeden z drugim i wykrzywcie w grymas uśmiechu te Wasze skrzywione twarzyczki. Trochę myślenia i umiejętności wyłapywania żartów. Nie dopierdalajcie się do kogoś o każdą najmniejszą drobnostkę. Bo powiem szczerze, że Wasze długie wywody na temat tego, co powinnam a czego nie, mam w głębokim poważaniu.

Amen.

Facebook