Kiedy przeglądam swoje stare teksty, czuję wstyd za to, co i w jaki sposób pisałam.

Nie żartuję. Dopiero teraz widzę, jak bardzo zmienił mi się styl pisania i punkt widzenia na niektóre sprawy. Może to najzwyczajniej w świecie wina tego, że wreszcie dorosłam, a może po prostu przechodzę przez okres, przez który przechodzi wiele twórców. Ostatnimi czasy na YouTube stało się popularne oglądanie swoich starych filmów. Vlogerzy, gamerzy i inni erzy, siedzą przed monitorem i starają się nie umrzeć z zażenowania, patrząc na to, co kiedyś nagrywali, mówili, czy robili.

Z kolei prawda jest taka, że zawsze po latach, patrząc na to, co robiliśmy kiedyś, będziemy niezadowoleni i uznamy, że mogliśmy zrobić coś lepiej. To jest niezależne od naszego wieku. Dziś piszę ten tekst i uznaję go za całkiem znośny, ale kiedy spojrzę na niego za kilka lat, po plecach przejdzie mnie dreszcz zażenowania i będę miała ochotę schować głowę w piasek i już nigdy, ale to nigdy więcej, jej nie wystawiać. Oczywiście, istnieją teksty nieśmiertelne, takie, do których chętnie będziemy wracać, które chętnie będziemy cytować i które opublikujemy jeszcze wiele razy. Zapewniam jednak, że nigdy nie będziemy z nich w stu procentach zadowoleni. Zawsze wynajdziemy jakiś, choćby mały, szczegół, który jest do poprawy.

Tak, wiem. Styl pisania zmienia się też przez to, że nabywamy coraz to większych umiejętności ubierania w słowa rzeczywistości, która nas otacza. Potrafimy pisać lepsze zdania, lepiej opisywać to, co chcemy przekazać. Z czasem stajemy się coraz lepsi w tym, co robimy. I chwała za to, bo jeśli całe życie miałabym pisać stylem, który prezentowałam na blogu kilka lat temu, to wolałabym umrzeć. I choć zdarza mi się na nowo publikować teksty sprzed lat, to teraz w końcu potrafię ocenić, co się nadaje, a co niekoniecznie. Teraz nareszcie wiem, że już ponownie nie wstawiłabym tekstu o modelkach plus size, nawet jeśli od tego miałoby zależeć moje życie. Nie chodzi o to, że był zły, czy o to, że już się z nim nie utożsamiam, bo dalej jestem tego samego zdania, jakiego byłam wtedy, kiedy go pisałam. Po prostu sam wydźwięk tego artykułu był, że tak to ładnie określę, jednym wielkim rzygiem. Dziś, nawet jeśli napisałabym tekst o tych nieszczęsnych blogerko-modelkach, zrobiłabym to w inny, bardziej przemyślany sposób. Nie mówię, że to ograniczyłoby ilość hejtu, jaki zostałby wysłany w moją stronę, ale z pewnością sprawiłoby to, że ja czułabym się lepiej sama ze sobą, wiedząc, że wypuszczam coś, z czego jestem w chociażby większej części zadowolona.

Chciałabym w tym miejscu otagować Fabrykę dygresji, bo jestem ciekawa, co do powiedzenia na ten temat ma Emilka. Jeśli nie znacie Fabryki dygresji, to warto poznać, bo nikt nie potrafi z taką łatwością pisać o pisaniu, tak jak ona. Standardowo, jeśli udzielacie się na swojej stronie, blogu, czy innych social mediach, to zapraszam do sekcji komentarzy, coby sobie podyskutować.